Kultura @ 22.09.2010 10:20
Toruń, jak Awinion?
Biuro Toruń 2016 w rozmowie z Iwoną Kempą, dyrektorem artystycznym Teatru im. W. Horzycy o najnowszej premierze, teatrze i Toruniu.
Karolina Szczepanowska, Toruń 2016: W najnowszej premierze Teatru im. W. Horzycy ,,Zimowe ceremonie”, po raz kolejny sięga Pani do dramaturgii Hanocha Levina, znanej w Polsce m.in. dzięki głośnej realizacji ,,Kruma” Krzysztofa Warlikowskiego. Czym zaintrygował Panią świat jego sztuk, świat zwykłych ludzi, żyjących na obrzeżach wielkiej metropolii, świat mało efektowny, pokazywany bez upiększeń?
Iwona Kempa: Bohaterowie Levina żyją w małych miasteczkach i nie zajmują się sprawami wielkiego świata. Zazwyczaj tęsknią, by być w innym miejscu, bo wierzą, że szczęście jest gdzie indziej. Dla mnie najważniejszy jest uniwersalizm tych tekstów. Levin porusza tematy ważne dla każdego z nas, ukazuje człowieka w pełni: od cielesności i fizjologii po lęk przed śmiercią i marzenia o nieśmiertelności. I choć jego bohaterowie są tacy zwykli, mali, przestraszeni, żyją gdzieś na marginesie wielkiego świata i karmią się zwykłymi tęsknotami, to przeżywają podstawowe, egzystencjalne problemy, które dotyczą każdego z nas.
Najważniejszym tematem podejmowanym przez Levina jest przemijanie…
Właściwie cała jego twórczość jest przesiąknięta pisaniem o przemijaniu i śmierci, jest bezustannym rozważaniem tego tematu w różnych wariantach. Ta perspektywa jest dla mnie u Levina najważniejsza. Nie wydaje mi się, aby mogło być coś ważniejszego w życiu. Tak naprawdę, jedynym tematem, którym w istocie jesteśmy się w stanie przejąć – jest śmierć. I może jeszcze miłość?
,,Zimowe ceremonie” to spektakl o ścieraniu się dwóch sił – siły życia i siły śmierci…
Siły życia reprezentowane są przez bohaterów, którzy za wszelką cenę chcieliby wyprawić ślub, mimo że w jego przededniu umiera bliska osoba z rodziny. Wszystkie te postaci upatrują w ślubie spełnienia swoich marzeń, tęsknot. Z drugiej strony, pojawia się śmierć. Ucieczka przed śmiercią jest bardzo ludzka.
I bardzo charakterystyczna dla naszych czasów…
Dla mnie w tej sztuce lęk przed śmiercią jest czymś absolutnie podstawowym. Nie wiem, czy dotyczy każdego, ale jest bardzo ludzki. Fundamentem większości religii jest próba odpowiedzi na pytanie dlaczego umieramy i co dzieje się z nami po śmierci. Levin jest areligijny. Jestem głęboko przekonana, że nawet, jeśli jego mentalność wyrasta z religii żydowskiej, to jego teksty mogą być bliskie każdemu. Uznanie śmierci za część życia, zaakceptowanie własnej śmiertelności, próba pogodzenia się z utratą bliskich i przekonanie, że zmarli w jakiś sposób są ciągle obecni pojawia się niemal we wszystkich sztukach Levina.
Wyjątkowe jest też poczucie humoru Levina, różne jego odcienie…
Jego sposób patrzenia na człowieka i poczucie humoru jest bliskie, moim zdaniem, twórczości Becketta, do którego bardzo często się go porównuje. Śmiech Levina jest jednak znacznie pogodniejszy, to jest śmiech jaśniejszy, oczyszczający, zostawiający w nas poczucie ulgi. Śmiech, który w starciu z najtrudniejszymi problemami, o których Levin pisze, powoduje, że czujemy się tak, jakby ktoś nam dodał otuchy.
Dramaturgia Levina operuje kontrastami: pojawia się w niej i pogrzeb i ślub, fizjologia, wzniosłe marzenia, surrealistyczna błazenada… Czy taka różnorodność tonów, uczuć, emocji jest ciekawą materią teatralną, jest inspirująca dla tworzenia spektaklu?
Nigdy nie zachwycam się tekstem z powodów teatralnych. Przeciwnie, zazwyczaj pracuję nad utworami, które wydają się niemożliwe do zrealizowania do scenie. Jeśli decyduję się na jakiś tekst, to wyłącznie dlatego, że on mnie przejmuje, wzrusza, dotyka. Nie mogę o nim zapomnieć. Oczywiście, później zastanawiam się, jak zrealizować go na scenie. W dniu premiery, od tłumaczki Agnieszki Olek, dowiedziałam się, że ,,Zimowe ceremonie” miały zaledwie jedną realizację w Izraelu, ponieważ reżyserzy nie mogli sobie poradzić z wyobraźnią autora. Levin pozwala sobie na niezwykłe, złośliwe wręcz w stosunku do teatru posunięcia, wymyśla sceny, które wydają się nie do zrealizowania, np. lot całej grupy bohaterów w Himalaje…
Pani realizacje zaprzeczają trendowi we współczesnym teatrze, w którym najważniejszy jest reżyser i jego wizja. Dla Pani najważniejszy jest aktor - dlaczego?
Bliskie jest mi myślenie o teatrze, jak o spotkaniu między ludźmi, jak o rozmowie. Spotkaniu z autorem, z bohaterami tekstu, z aktorami, z widzami. Fascynuje mnie to wszystko, co może się dziać w spotkaniu dwojga ludzi, autora z reżyserem, reżysera z aktorem, aktora z widzem. Wszystko to, co dzieje się między ludźmi, jest dla mnie istotą teatru. Myślę, że z tego powodu, aktor jest w moim teatrze tak ważny.
Tak jak tekst …
Zawsze zaczynam od tekstu, nie potrafię inaczej. Literatura zawsze była dla mnie furtką, przepustką do teatru. Wydaje mi się, że teatr ma prawo ciągle odwoływać się do literatury. Wiem, że żyjemy w czasach teatru postdramatycznego i słowo nie jest już tak ważne jak kiedyś, ale ku mojemu zaskoczeniu, pojawiło się pokolenie bardzo młodych pisarzy, którzy na nowo odkrywają dramat i z wielką pasją piszą dla teatru. Myślę więc, że literatura dramatyczna ciągle żyje i ma się nieźle.
Jest Pani laureatką głównej nagrody Festiwalu Sztuki Reżyserskiej Interpretacje, w 2008 roku zdobyła Pani ,,Laur Konrada”, co oznacza dla Pani dobra reżyseria?
Dawno już minęły czasy, kiedy istniał jakiś model, czy nawet jakiś system wartości, według którego można było ocenić pracę jakiegokolwiek artysty. Wszelkie systemy wartości legły w gruzach, tak naprawdę w tej chwili nie wiadomo, czym jest dobry spektakl, dobry film, dzieło sztuki. Poruszamy się w chaosie estetycznym, w chaosie teatralnym. Panuje ogromna różnorodność, która jest moim zdaniem, wielką siłą teatru i sztuki współczesnej. Nie wiem, co to znaczy dobra reżyseria. Zależy jakim językiem się opowiada, jaką ma się wyobraźnię, doświadczenia, po co robi się teatr, ale też jakim się jest człowiekiem - to wszystko ma wpływ na kształt naszej pracy.
W październiku, w krakowskim Teatrze Słowackiego odbędzie się premiera sztuki ,,Intymność” w Pani reżyserii. Autorem głośnej, filmowej adaptacji był Patrice Chéreau. Wcześniej reżyserowała Pani Bergmanowskie ,,Rozmowy poufne”, czy powraca Pani do filmowych inspiracji?
Większości publiczności tytuł kojarzy się z filmem. Natomiast mój spektakl opiera się głównie na książce, która z filmem ma niewiele wspólnego. Patrice Chéreau wyciągnął z powieści jeden maleńki wątek, który nie jest decydujący, co więcej, znacznie go zmienił. Tematem powieści jest monolog mężczyzny, który rozważa odejście od swojej rodziny i przygląda się swojemu dotychczasowemu życiu.
Temat podobny do ,,Rozmów poufnych”…
Tak, tylko bardziej współczesny. Rzecz dzieje się dzisiaj w wielkim mieście, w Londynie. Jest to współczesny portret dojrzałego mężczyzny, który w pewnym momencie postanawia zmienić swoje życie.
Od kilku lat charakterystyczna dla polskiego życia teatralnego jest postępująca decentralizacja, znakomite realizacje powstają poza uznanymi ośrodkami teatralnymi, takimi jak Warszawa czy Kraków, ciekawe sceny funkcjonują we Wrocławiu, Legnicy, Opolu, Bydgoszczy. Jak tworzy się teatr w Toruniu?
Przede wszystkim, należy pamiętać, że jest to jedyny teatr dramatyczny w mieście i powinien przyciągać bardzo zróżnicowaną publiczność. Oczywiście, myślenie o tym, że teatr ma zaspokajać gusta wszystkich jest niemożliwe. Jednak obranie przez taki teatr jak nasz, jednego kierunku repertuarowego wydaje mi się pułapką. Dlatego ważne jest szukanie takich tematów, które pokazują człowieka w jego pełni, mówią o naszej współczesności z jak najszerszej perspektywy.
W 2009 roku Pani i Paweł Łysak, dyrektor Teatru Polskiego w Bydgoszczy, zostaliście nominowani do Paszportów ,,Polityki”. Przyznanie tego wyróżnienia Pawłowi Łysakowi spowodowało burzliwą dyskusję na temat różnic w prowadzeniu teatru toruńskiego i bydgoskiego. Bydgoski teatr został uznany za teatr eksperymentujący z różnymi teatralnymi estetykami, społecznie zaangażowany, poszukujący nowego języka teatralnego, teatr toruński – oceniono, jako teatr tradycyjny, klasyczny…
Paweł Łysak otrzymał Paszport głównie za znakomity pomysł na teatr w Bydgoszczy, zaś moja nominacja w żaden sposób nie była związana z moją dyrekcją i z teatrem toruńskim. Otrzymałam ją, jako reżyser za przedstawienie -„Rozmowy poufne” w krakowskim Teatrze im. Słowackiego- spektakl świadomie i celowo w pewien sposób tradycyjny. Nominujący mnie do Paszportu pisali też o moich dotychczasowych przedstawieniach w teatrach w całej Polsce. Artykuł jaki wówczas ukazał się w lokalnej gazecie manipulował informacjami zarówno na mój temat jaki i temat naszego teatru, był nierzetelną i niesprawiedliwą próbą udowodnienia, że teatr bydgoski jest lepszy, bez brania pod uwagę ogromnych różnic między naszymi teatrami i miastami. Teatr toruński jest po prostu inny, co więcej uważam, że powinien i ma prawo być inny. Na szczęście nie ma recepty na jedyny właściwy model teatru. Nazwanie naszego teatru tradycyjnym jest pójściem na łatwiznę, wrzuceniem do szuflady, w której już dawno się nie mieści. Jestem otwarta na różne poszukiwania młodych i najmłodszych, sama bezustannie, jako reżyser szukam nowego języka teatru i realizuję głównie prapremiery. Nasz teatr od dwudziestu lat organizuje Międzynarodowy Festiwal Teatralny ,,Kontakt”, jeden z największych festiwali teatralnych w Polsce i Europie. Mamy wierną publiczność, znakomity zespół, współpracujemy z najciekawszymi i najlepszymi reżyserami w Polsce, zapraszamy regularnie do współpracy laureatów festiwalu Kontakt, nie boimy się eksperymentów, czasem nawet bardzo odważnych i ryzykownych, ale dbamy również o obecność w repertuarze pozycji bardziej „klasycznych”. Nasz teatr jest otwarty i czuły na otaczającą nas rzeczywistość, ale ma również ogromną tradycję, a mądre czerpanie z tradycji to też jest wartość. Teatr w Toruniu chcę tworzyć w zgodzie ze sobą, wsłuchuję się w to miasto i staram się z nim rozmawiać, najlepiej jak potrafię.
Czy uważa Pani, że projekt Europejskiej Stolicy Kultury może wpłynąć na rozwój Torunia?
Uważam, że Toruń ma ogromny potencjał, kojarzy mi się, w marzeniach, z Awinionem. Chciałabym, aby był tak uroczy, tak zadbany, tak tętniący życiem i sztuką. Uważam, że Europejska Stolica Kultury powinna oznaczać nie tylko obecność wielkich wydarzeń kulturalnych, których nie brakuje, ale i dbałość o to, jak żyjemy na co dzień, w jakim otoczeniu się poruszamy, jak pachną i wyglądają nasze ulice. Chciałabym, żeby ludzie uwielbiali tu żyć, żeby chcieli tu mieszkać. Żeby byli dumni ze swojego miasta, i ze swoich artystów. A tak nie jest. Toruń ma ogromne kompleksy, niepotrzebnie. Często wydaje mi się, że Torunianie czują się jak bohaterowie Levina- skazani na Toruń, wierzą ,że szczęście jest gdzie indziej. Pogódźmy się z tym, że jesteśmy małym miastem, ale zobaczmy jak szczególnym, niepowtarzalnym! Toruń, zamiast doceniać artystów tworzących w Toruniu, wspierać ich i szanować, musi sprowadzać sobie gwiazdy lub wątpliwe autorytety, które poprawią nam mniemanie o sobie. Dla wielu osób znakiem sukcesu jest ucieczka z Torunia, a przecież twórcy teatralni z całej Polski, którzy podejmują współpracę z naszym teatrem zakochują się i w teatrze, i w mieście, i wszyscy chcą tu wracać. Gdy przyjeżdża się do Torunia na dzień, na dwa, wyjątkowość i piękno tego miasta porusza za każdym razem. Dobrze byłoby zrobić wszystko, by chciało się tu zostać na dłużej.
Wasze komentarze
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu. Możesz być pierwszy!
Dodaj komentarz
Musisz posiadać konto w serwisie, aby dodawać komentarze. Zaloguj się lub Zarejestruj się.
Jeżeli nie pamiętasz loginu lub hasła, kliknij tutaj.

